Architektura i Nieruchomości

Ogrodznia klinkierowe

2009-03-31 08:11:32
Jak myślicie, czy życie osoby, która za oknem kuchennym widzi tylko ścianę, na której od góry do dołu wyłożono klinkier może być na przykład barwne? Wielokrotnie zastanawiałam się nad tym podczas przygotowywania porannej kawy. W sumie, miesiąc po przeprowadzce stwierdziłam, iż wybór miejsca nie był trafiony. W wyniku zbyt pochopnie podjętej decyzji, znalazłam się w dzielnicy, w której prym wiodły ogrodzenia panelowe. Najbliższe otoczenie zostało rozparcelowane i podzielone na mniej więcej równe, geometryczne pola. Ich krawędzie wyznaczały sterczące na baczność ku górze sztachety, którym wtórowały te koszmarne ogrodzenia panelowe. Ja osobiście byłam zatwardziałą zwolenniczką szeroko pojętej wolności i mierziły mnie bardzo owe przedziwne praktyki zmierzające do wydzielenia każdej, nawet najmniejszej powierzchni ziemi. W ogóle, kiedy się przypatrzyłam domkom otaczającym mój - jedyny w tej okolicy - blok mieszkalny, zastanowiło mnie zamiłowanie do geometrii, jakie charakteryzuje lokalną społeczność. Miałam na studiach kumpla, który usiłował przekonać mnie, iż tam gdzie na elewacjach pojawia się klinkier, znajduje się enklawa drobnomieszczaństwa, w związku z czym należy uciekać stamtąd pokonując po drodze niezliczone sztachety, przesadzając na oślep wszystkie ogrodzenia panelowe, byleby tylko jak najszybciej oddalić się od klinkierowej mafii. I nigdy w życiu nie przyjmować zleceń od miłośników klinkieru. Śmiałam się wtedy z niego i niezmiernie dziwiło mnie jego bezpodstawne, według mnie, uwielbienie oraz szacunek dla tradycyjnej, wypalanej cegły. Ale teraz, po czasie, po tym jak zaobserwowałam iż moja dieta wyraźnie zubożała, od kiedy zmuszona jestem gapić się w klinkier w trakcie przygotowywania posiłków, zaczynam się skłaniać ku przekonaniom mojego niegdysiejszego kolegi. W ogóle dzielnica, w jakiej wylądowałam jest nad wyraz nudna. Nie ma na co popatrzeć. Otaczają mnie domki o plastikowych oknach, klinkierowych lamperiach i białych tynkach. Szczerze powiedziawszy, gdyby nie fakt, że mieszkam w jedynym bloku w okolicy, pewnie godzinami krążyłabym po ulicach szukając właściwych (swoich) drzwi wejściowych i obijając się o okoliczne sztachety, zbyt porządne na to, aby na przykład przewiesić przez nie kolorowy dywan wyłożony do wyschnięcia na słońcu. Albo pozatykać na nie gliniane garnki, w sposób w jaki do niedawna jeszcze robiło się to na wsi.

Pozostaw swój komentarz
imię (wymagane)